W środkach masowego przekazu dają reklamę ubezpieczenia na wypadek zachorowania na raka. Żerują na ludzkich obawach, lękach, chorobie. Obrzydliwe!
Miałam do tej pory kilka zgonów ludzi bardzo bliskich, zgonu w wyniku tej choroby.
Pierwsza była Z. 1963. Krakowski szpital na Kopernika, szpital, jak szpital. W miarę. Szyjka macicy. Naświetlanie. Opuchlizna. Przerzuty. Nie minął rok i przyszło się rozstać.
Potem W. pamiętny rok 1981. Koszmar. Wawelska. Tłum w dużym holu. Jedno czy dwa krzesła. W ubikacji trzeba było podwijać nogawki spodni, brud i smród. Nie było żadnego bufetu, a chorzy przecież przyjezdni. Na oddziale trochę lepiej. Kobalt, godziny męki bez ruchu, przez kilka dni. Popalone ciało. Przerzuty. W sierpniu koniec. Podsumowanie "uogólniona postać nowotworowa".
Płuca 1984. Tym razem Śródborów. Szpital w lesie, długie oczekiwanie od orzeczenia po operację. Lekarz rozkłada ręce "za późno", nieoperacyjny. Dlaczego upłynęły dwa miesiące leżenia w szpitalu bez operacji? Pacjent nie dowiedział się prawdy. Dostał fałszywy wypis. Ja ten prawdziwy. Na wizytach u lekarza J. dawał swój wypis, ja szłam po wizycie z prawdziwym! Obłęd.
Chłoniak złośliwy 2009. Tym razem chemioterapia. Tego nie można operować, trudno znaleźć miejsce do naświetlań. IHiT na Gandhi. Szybkie przyjęcie. Sekretarka dzwoni i zawiadamia pana Z., żeby się zgłosił na oddział. Szpital raczej jak dom wczasowy. Salki trzyosobowe, na dwie salki jedna ubikacja i osobno prysznic. Salki słoneczne, świetlica, książki, telewizor, komputer wszystko dostępne. Jasno, czysto, przestronnie. Recepcja na oddziale mile wita pacjenta. Lekarze serdeczni. Pielęgniarki żartują , mówią po imieniu do pacjentów. Terapia się powtarza w cyklach +- miesięcznych, więc wszyscy stają się znajomymi. Powrót do szpitala przypomina powrót do internatu po wakacjach. Gdyby nie stojaki z kroplówkami, gdyby nie łyse pały, gdyby nie chusteczki na głowach, gdyby nie mumie na łóżkach widocznych w otwartych drzwiach. Dni, doby spędzane pod kroplówką sączącą lekarstwa. W końcu środki chemiczne wyczerpane. Skierowanie do Centrum Onkologii, na przeciw.
Gehenna! Kilkaset osób kłębi się w korytarzach, poczekalniach. Zupełny brak organizacji! Kombinat. Za mało ubikacji, brudne. Chorzy gubią się w przestrzeniach. Ktoś leży na przywieziony na łóżku i zostawiony samemu sobie. Numerki do rejestracji. Pobranie z rana. Lekarz w przychodni o 12-tej, jeśli mu nic nie wypadnie. Skierowanie na oddział. Oczekiwanie na izbie przyjęć, oczekiwanie na sformowanie grupy na oddział. Na oddziale oczekiwanie na tabletkę i wypis. I już koło 16-tej można wrócić do domu. Cały dzień głównie czekanie w wymuszonej pozycji, z byle jakim jedzeniem przywiezionym z domu. Dobrze jeśli dom niezbyt daleko. Radioterapia. Opuchlizna. Powrót do terapii w IHiT. Koniec nerek. Rok 2013 - upragniony koniec.
Przez te prawie dokładnie 50 lat nic się nie zmieniło. Jak się da wyciąć, wycina i robi kalekę. Jak nie, to naświetla i parzy, albo traktuje trutkami aż po załamanie organizmu. Stosunek do pacjenta?
Tylko IHiT odbiega na plus, przypomina zagraniczne szpitale. Reszta - pacjent to balast.
I nasuwa się pytanie. Czy się leczyć, czy spokojnie poczekać aż się rak porządnie rozwinie i tylko brać środki przeciwbólowe. Po co ta męka leczenia, która do niczego nie prowadzi, tylko zatruwa ostatnie chwile życia. A może pójść do jakiegoś szarlatana? A nuż mu się uda?